Recenzja – Pjus – Słowowtóry

 

Jeśli chcesz – znajdziesz sposób…

 

„Straszną ironią losu jest to, że człowiek który związał swoje życie z muzyką – nie słyszy”- mówi Eldo w filmie dokumentalnym, który wyszedł przy okazji wydania albumu „Life after deaf”. To był rok 2009 i Pjus nagrywając tę płytę dokonał rzeczy niesamowitej. Ale czy ktoś spodziewał się wtedy, że za osiem lat niedomagający głos także nie będzie przeszkodą w nagraniu płyty?

Kto nie zna historii Karola od początku, może kręcić nosem, że nie tak się robi rap. Dlaczego? „Słowowtóry” jest to pierwszy (przynajmniej oficjalnie) ghostwriterski hip-hopowy album w Polsce. Powstaje lekki dysonans. Z jednej strony niby wszystko ładnie, pięknie – człowiek pokonuje trudności, pielęgnuje, podtrzymuje swoją twórczość, pasję. Z drugiej zaś strony została naruszona święta zasada rapu: ja piszę, ja rapuję.

I co teraz?  Ano NIC. Nie istnieje przecież żadna Rada Etyki Rapu, która mówi co wolno, a czego nie wolno tworząc hip-hopowy krążek. W zasadzie nie powinnam odpowiadać na to pytanie, bo każdy kto przesłucha tę płytę powinien zrobić to sam – czy ten ghostwriting przeszkadza w odbiorze, czy mu się podoba, a może obchodzi go to tyle, co zeszłoroczny śnieg i liczy się tylko finalny efekt.

Tak czy inaczej, upór Pjusa jako artysty jest co najmniej imponujący i godny podziwu. Niejeden „zwykły śmiertelnik” załamałby się na wieść o utracie słuchu. Dla osoby zajmującej się muzyką to jak wyrok, a zarazem dobry powód, by porzucić swoją pasję. Co zrobił Karol? Nauczył się słyszeć od nowa przy pomocy cyfrowego słuchu i nagrał album.

Następnie zawiódł głos i wydawałoby się że to koniec kariery. Co zrobił Karol? To co każdy raper –  napisał teksty, wybrał muzykę, z jednym tylko dodatkiem – zaprosił ludzi, którzy użyczyli mu głosu, zostali jego Słowowtórami.

Czy temu zadaniu sprostali? To zależy co znaczy „sprostali”, bo niewątpliwie każdy z zaproszonych na ten projekt wczuł się i postarał się jak najlepiej przekazać teksty, ale czy można nazwać ich lirycznymi sobowtórami, jak na wstępie zaznacza Pjus? Osobiście mam takie wrażenie, że jak słucham płyty, to słyszę kolejno: Sobotę, Rasa, Abla… itd. Ale czy słyszę w tych kawałkach konkretnie Pjusa? Niekoniecznie. Inaczej ma się sprawa, gdy równolegle z tym co słyszę otwieram książeczkę z tekstami i je widzę – wtedy czuć jego „obecność”. To nie jest kwestia bycia wzrokowcem czy też nie, tekstowo  to kawał dobrej roboty, ale ten album to skok na głęboką wodę. Zaaranżowanie cudzego tekstu, tym bardziej pod wybraną już muzykę pewnie do najłatwiejszych zadań nie należało. Każdy raczej zachował tutaj swój styl, zrobił to po swojemu. Lista gości jest imponująca, jak i sam fakt, że podjęli to wyzwanie – komuś innemu stworzenie takiego projektu mogłoby się nie udać, zresztą nie sądzę, że inni raperzy będą próbowali to powtórzyć (ewentualnie może powstać sequel).

Niektóre teksty i bity są wręcz idealnie dobrane do wykonawców, np. „Falkontent” z Kubą Knapem, czy „Niewielka warszawska” z Pelsonem. Pjus tworzy nie tylko nowe słowa, ale też tworzy nowe, ciekawe duety, jak Spinache i Kortez, czy Włodi i Piotr Pacak, których brzmienie na pierwszy rzut oka trudno sobie wyobrazić, a wyszły tak naturalnie, jakby panowie nagrywali ze sobą na co dzień. Zaangażował też raperów, którzy na co dzień reprezentują zupełnie inny styl (Sobota, Sarius), co więcej te kawałki, które nagrali (może właśnie przez ten kontrast) są jednymi z lepszych na tej płycie.

Słowowtóry to nie tylko postacie hip-hopowe, co wyszło na plus do ciekawości tego projektu. Kawałek Tymona Tymańskiego i „Poloveanie”, który zaśpiewała Martina M. są idealną „odskocznią” od rapu, po drugie zarapowane mogłoby już nie podkreślić tak efektownie tekstu.

Na chwilę uwagi zasługuje numer „Guerilla Sunrise” – chyba najlepszy z całej płyty, który jest fantastycznym dialogiem zaaranżowanym przez Wdowę i Małolata.

 

 

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to mamy misz-masz. Większość podkładów jest autorstwa kolegów z Alkopoligamii – Głośnego i Szoguna. Od funku w „Callarm” rozpoczynającego album, przez klasyczny, „amerykański” bit na „Z tłustymi i w tłuszczy”, agresywny podkład Szczura w „Odpyskach”, by zakończyć bardzo chilloutowym „Dance Fakabr” autorstwa RAUa. Mamy tu też coś bardzo energetycznego jak numer z Martiną M. czy bardzo oryginalne „Nasztukafszy” gdzie muzyką pobawił się Tymon Tymański. Mimo takiej rozbieżności – to chaos kontrolowany, wszystko tutaj pasuje, Pjus starannie dobrał muzykę.

Co do słowotwórstwa – miałam obawy, że każdy tekst będzie tym przesiąknięty do szpiku i zamiast rozruszać troszkę umysł, zniechęci do przesłuchania całości. Na szczęście obawy były bezpodstawne, mimo że Pjus na co dzień bawi się słowem w pracy (copywriting), to wyważył tę zabawę na płycie, tak żeby była przystępna dla każdego. Neologizmy znajdziemy głównie w tytułach, które były bazą do całych tekstów. Nie wszystko jest podane na tacy, co ucieszy zapewne fanów rozkminek, ale forma jest naprawdę lekka i przyjemna.

Całość wyszła dobrze. Jednak jak wcześniej wspomniałam brakuje trochę tutaj samego „prowodyra” tego zamieszania. W rozmowie w radiowej Trójce, Karol wspomniał, że celowo gry słowne nie tworzą jednej, spójnej historii, bo to mogłaby być przesada. Trochę szkoda, że jednak nie pokusił się o jakiś element spinający. Może niekoniecznie na poziomie słowotwórstwa, a bardziej fabuły czy narracji. To bardzo złożony projekt i niemałym sukcesem jest, że wszystko tak ze sobą współgra w poszczególnych kawałkach. Ale patrząc na całość – jako że głównym konceptem jest właśnie ghostwriting, można by się pokusić o to, żeby ten „duch” Pjusa przewijał się przez cały album. Niekoniecznie musiałoby to zniszczyć idee tego, że goście mieli nie odczuwać presji.

 

 

…jeśli nie chcesz  – znajdziesz powód. Tak, to doskonale znane wszystkim powiedzenie jest najprostszym, najlepszym i chyba najtrafniejszym podsumowaniem „Słowowtórów” jak i całego dorobku artystycznego Pjusa. Mimo tylu przeciwności losu już po raz drugi oszukał przeznaczenie i daje słuchaczom kolejny materiał do przesłuchania, kolejną porcję przemyśleń i świetną zabawę słowem przede wszystkim. Nie zwracając uwagi na powody, których miał pod ręką mnóstwo, postanowił poszukać sposobów – bo chciał. Dzięki temu uporowi powstał ciekawy, świeży i dobry projekt.

 

 

„Słowowtóry” oceniam na 4/5 w skali Dykty.